Powołanie Dwunastu jako suwerenny akt miłości i tajemnica wybrania
Kiedy czytam ten fragment Ewangelii Marka, zawsze uderza mnie sekwencja zdarzeń, która jest zaprzeczeniem naszej ludzkiej logiki rekrutacji czy budowania zespołów. Jezus nie ogłasza naboru, nie przegląda CV, nie szuka „najlepszych z najlepszych” według światowych standardów. Tekst mówi wprost: „przywołał do siebie tych, których sam chciał”. To prawda, która ustawia całą moją relację z Bogiem – inicjatywa zawsze leży po Jego stronie. W mojej posłudze duszpasterskiej wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy próbowali „zasłużyć” na bycie blisko Boga, traktując wiarę jak drabinę korporacyjną. Tymczasem scena na górze pokazuje, że powołanie jest darmowym darem, a nie nagrodą za dobre sprawowanie.
Warto zwrócić uwagę na samą scenerię. Jezus wychodzi na górę. W tradycji biblijnej góra to miejsce teofanii – objawienia się Boga (jak Synaj dla Mojżesza czy Horeb dla Eliasza). To, co się tam wydarza, ma charakter konstytutywny dla nowego ludu Bożego. Jezus, działając z Boskim autorytetem, tworzy nową strukturę. Historycznie rzecz biorąc, w ówczesnym judaizmie to uczniowie wybierali sobie rabina, u którego chcieli się kształcić. Tutaj następuje całkowite odwrócenie tej relacji: to Nauczyciel suwerennie wybiera uczniów. To detal, który łatwo przeoczyć, a który zmieniał ówczesne paradygmaty religijne. Dla mnie osobiście jest to źródło ogromnego pokoju – nie muszę się „wpychać” w łaski Boga, zostałem przez Niego chciany.
Często zastanawiam się nad kryterium tego wyboru, zwłaszcza patrząc na skład osobowy Dwunastki. Mamy tu rybaków (Piotr, Andrzej, Jakub, Jan), celnika kolaborującego z okupantem (Mateusz) i zelotę, czyli potencjalnego rewolucjonistę (Szymon Gorliwy). Jezus łączy ogień z wodą. Z socjologicznego punktu widzenia ta grupa nie miała prawa przetrwać tygodnia bez wzajemnego pozabijania się. A jednak Chrystus ich powołuje. To uczy mnie, że Kościół nie jest klubem wzajemnej adoracji ludzi o podobnych poglądach politycznych czy statusie społecznym, ale wspólnotą zwołaną przez Osobę Jezusa. Kontrargumentem dla takiej wizji mogłoby być twierdzenie, że dobór był przypadkowy, jednak precyzja, z jaką Marek wymienia imiona i nadaje przydomki (np. Boanerges), świadczy o celowości każdego powołania. Nawet Judasz, wymieniony na końcu z bolesnym dopiskiem „który Go wydał”, był częścią tego planu, co stawia nas przed trudną tajemnicą Bożej wszechwiedzy i ludzkiej wolności.
W praktyce duszpasterskiej widzę, jak często borykamy się z poczuciem niegodności. „Nie nadaję się”, „są lepsi”, „mam za trudną przeszłość”. Patrząc na listę apostołów, te argumenty tracą rację bytu. Piotr był impulsywny i niestały, synowie Zebedeusza mściwi (chcieli ognia z nieba), a Tomasz sceptyczny. Jezus nie powołuje uzdolnionych, ale uzdalnia powołanych. To zdanie może brzmieć jak slogan, ale w kontekście Markowej Ewangelii jest twardą teologiczną rzeczywistością. Rozwiązaniem moich dylematów o własną „przydatność” w Kościele jest powrót do tego wersetu: „przywołał tych, których sam chciał”. Moja wartość nie wynika z moich kompetencji, ale z Jego pragnienia (gr. thelo – chcieć, pragnąć).
Porównując ten model z innymi systemami formowania liderów, różnice są uderzające:
| Model Jezusa | Model Korporacyjny | Model Rabiniacki (I w.) |
|---|---|---|
| Inicjatywa Mistrza („On chciał”) | Aplikacja kandydata | Wybór ucznia |
| Cel: Bycie razem i misja | Cel: Zysk i efektywność | Cel: Nauka Prawa |
| Różnorodność i napięcia | Dopasowanie do kultury organizacji | Jednorodność szkoły |
| Przemiana serca | Szlifowanie kompetencji | Zdobywanie wiedzy |
Najczęstszym błędem, jaki popełniamy w myśleniu o powołaniu (nie tylko kapłańskim, ale każdym chrześcijańskim), jest skupienie się na zadaniach. „Co mam zrobić dla Boga?”. Tymczasem tekst biblijny stawia akcent gdzie indziej. Jezus najpierw ich "chciał", a oni "przyszli". Dopiero potem jest mowa o zadaniach. Jeśli odwrócimy tę kolejność, wpadamy w aktywizm, który szybko prowadzi do wypalenia i duchowej pustki. Zrozumienie, że jestem "chciany" przez Boga, jest fundamentem, bez którego żadna ewangelizacja nie będzie skuteczna.
Podwójny cel powołania - towarzyszenie i władza nad złem
Marek w sposób niezwykle precyzyjny definiuje cel ustanowienia Dwunastu. Używa konstrukcji celowej, która w tekście greckim rozbija się na dwa nierozerwalne elementy: „aby Mu towarzyszyli” oraz „by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki i by mieli władzę wypędzać złe duchy”. Kolejność jest tu kluczowa i nienegocjowalna. Nie da się głosić kogoś, z kim się nie przebywa. W moim życiu zauważyłem, że ilekroć zaniedbuję modlitwę osobistą – to proste „towarzyszenie” Jezusowi – moje słowa stają się puste, a posługa mechaniczna. Bycie z Jezusem (gr. einai met’ autou) jest pierwszym i najważniejszym zadaniem ucznia. To bycie nie jest biernością; to intensywna formacja przez obecność, osmoza Jego sposobu myślenia i działania.
Kontekst historyczny i teologiczny tego sformułowania jest głęboki. Liczba dwanaście nie jest przypadkowa – nawiązuje wprost do dwunastu pokoleń Izraela. Jezus, ustanawiając Dwunastu, daje sygnał: „Tworzę nowy Izrael, nowy lud Boży”. To nie jest tylko grupa pomocników do zarządzania tłumem. To zalążek Kościoła. Ich zadaniem jest nie tylko głoszenie (kerygma), ale też walka duchowa (egzorcyzmy). Władza wypędzania złych duchów to bezpośrednia kontynuacja misji Jezusa, który przyszedł zniszczyć dzieła diabła. Warto zauważyć, że w tamtych czasach egzorcyzmy były znane, ale Jezus przekazuje swoją exousia (władzę/autorytet) uczniom, co było ewenementem. Nie działają oni własną mocą, ale mocą delegowaną przez Mistrza.
Istnieje jednak w nas pokusa, by rozdzielać te dwie rzeczywistości: kontemplację i działanie. Niektórzy uciekają w pobożność oderwaną od życia ("tylko bycie z Jezusem"), inni w aktywizm społeczny ("tylko wypędzanie złych duchów" rozumiane jako walka ze złem społecznym). Ewangelia Marka nie pozwala na taki podział. Prawdziwy uczeń to ten, który jest z Jezusem po to, by zostać posłanym. Słowo „apostoł” (gr. apostolos) oznacza właśnie „posłanego”. Nie można być posłanym, jeśli się najpierw nie przyszło, ale nie można też przyjść i zostać na kanapie. To napięcie jest zdrowe i twórcze. W mojej codzienności staram się pilnować tej równowagi – jeśli mam dużo pracy (misja), muszę mieć też dużo czasu na adorację (towarzyszenie). Inaczej staję się pustym cymbałem.
Praktyczny wniosek płynący z tego fragmentu dotyczy każdego ochrzczonego. Często myślimy, że „władza wypędzania złych duchów” jest zarezerwowana dla egzorcystów. Owszem, w ścisłym sensie liturgicznym tak, ale w szerszym znaczeniu duchowym, każdy chrześcijanin, żyjący w łasce uświęcającej, ma moc odsuwania zła ze swojego otoczenia poprzez świadectwo prawdy i miłości. Kiedy wnoszę pokój w miejsce kłótni, kiedy wybaczam zamiast się mścić – realizuję tę władzę. To jest właśnie owoc „bycia z Nim”. Bez osobistej relacji z Jezusem, nasza walka ze złem (w sobie i w świecie) skazana jest na porażkę, bo zło jest inteligentniejsze i silniejsze od nas samych – ale nie od Niego.
- Szymon Piotr: Skała, która kruszeje, by stać się oparciem.
- Jakub i Jan (Boanerges): Synowie gromu, których gwałtowność musi zostać przemieniona w gorliwość miłości.
- Judasz Iskariota: Przestroga, że bliskość z Jezusem nie gwarantuje wierności – potrzebna jest jeszcze decyzja serca.
Historia rozwiązania tego napięcia w życiu Kościoła pokazuje, że najwięksi święci zawsze łączyli te dwa wymiary. Św. Teresa z Kalkuty spędzała godziny przed Najświętszym Sakramentem, zanim wyszła na ulice do umierających. To jest droga wyznaczona w Ewangelii Marka. Jeśli czujesz, że twoje życie chrześcijańskie jest jałowe, zadaj sobie pytanie: czy nie próbujesz głosić kogoś, kogo przestałeś słuchać? Albo odwrotnie: czy słuchasz Go, ale boisz się wyjść z Wieczernika? Jezus na górze spina te dwie rzeczywistości w jedną, spójną drogę uświęcenia.
Co ja mogę zrobić?
W obliczu tej Ewangelii, warto podjąć konkretne kroki, aby zweryfikować jakość swojego uczniostwa:
- Zbadaj swoje motywacje: Zadaj sobie pytanie na modlitwie: „Dlaczego jestem w Kościele?”. Czy dlatego, że taka jest tradycja, czy dlatego, że czuję się „chciany” przez Jezusa?
- Zadbaj o proporcje: Spójrz na swój plan dnia. Czy czas poświęcony na „bycie z Nim” (modlitwa, Pismo Święte) jest adekwatny do czasu poświęconego na działanie? Spróbuj dodać 15 minut adoracji w ciszy.
- Zaakceptuj różnorodność: Spójrz na ludzi w swojej wspólnocie lub parafii, którzy cię drażnią. Pomyśl o nich jak o Mateuszu (dla zeloty) lub Piotrze (dla intelektualisty). Jezus ich wybrał tak samo jak ciebie.
A Wy co myślicie? Czy łatwiej Wam „być” przy Jezusie, czy „działać” w Jego imię i jak radzicie sobie z tym napięciem?





