Zanim przejdziemy do sedna, muszę postawić sprawę jasno: Chrzest Pański to nie jest po prostu kolejna ładna scena biblijna, którą wspominamy raz w roku. To moment, w którym Bóg wywraca do góry nogami nasze pojęcie o hierarchii, władzy i przygotowaniu do życiowej misji. Jeśli myślisz, że musisz być idealny, zanim zaczniesz służyć, ten tekst udowodni Ci, że jesteś w błędzie. Poniżej znajdziesz analizę, która łączy teologię z praktyką codziennego zmagania o własną tożsamość.
Decyzja o wejściu do Jordanu zmienia rozumienie przywództwa
Kiedy patrzę na tę scenę, widzę przede wszystkim potężny zgrzyt poznawczy. Jan Chrzciciel, surowy prorok, który nie bał się krzyczeć na faryzeuszy, nagle traci rezon. Przychodzi do niego Jezus – Ten, którego Jan zapowiadał jako potężniejszego od siebie. I co robi Jezus? Ustawia się w kolejce. Nie wchodzi na podest, nie przejmuje mikrofonu, nie robi show. Staje ramię w ramię z ludźmi, którzy są tam, bo zepsuli swoje życie. To jest kluczowa lekcja przywództwa przez zanurzenie w rzeczywistości, a nie ucieczkę od niej.
W biznesie i życiu często spotykam się z liderami, którzy chcą zarządzać z poziomu „wieży z kości słoniowej”. Jezus robi coś dokładnie odwrotnego. Wyobraź sobie dyrektora generalnego globalnej korporacji, który pierwszego dnia pracy nie idzie do swojego gabinetu na ostatnim piętrze, ale zakłada roboczy kombinezon i schodzi na linię produkcyjną, żeby pracować z ludźmi, którzy właśnie zawalili kwartalne wyniki. To nie jest PR-owa zagrywka. To teologiczne kenosis – ogołocenie. Jezus wchodzi do Jordanu nie dlatego, że potrzebuje oczyszczenia (jest bezgrzeszny), ale dlatego, że my go potrzebujemy. Bierze na siebie "brud" tej wody, którą obmyli się grzesznicy przed Nim.
Historycznie rzecz biorąc, Żydzi znali różne rytuały obmyć, ale chrzest Jana był czymś nowym – był jednorazowym aktem skruchy, przygotowaniem na nadejście Mesjasza. Faryzeusze uważali, że są czyści dzięki pochodzeniu. Jezus, wchodząc do wody, rozbija ten schemat. Pokazuje, że świętość nie polega na izolacji od "nieczystych", ale na wejściu w sam środek ich problemów, by je uleczyć od wewnątrz. To jest ta "sprawiedliwość", o której mówi Mateusz. Nie chodzi o paragrafy, ale o wierność planowi ratunkowemu Boga.
Często słyszę kontrargument: "Ale czy Jezus nie powinien od razu pokazać swojej Boskiej mocy, żeby wszyscy uwierzyli?". Gdyby zaczął od cudów bez tego aktu pokory, byłby postrzegany jako magik lub polityczny wyzwoliciel. Wchodząc do wody, definiuje swoją misję jako Sługi Jahwe. To radykalna zmiana wektora. Zamiast "patrzcie na mnie, jaki jestem wielki", Jezus mówi swoim ciałem: "jestem tu, żeby wziąć na siebie to, co was przygniata".
Praktyczny wniosek dla mnie: nie zbudujesz autorytetu, jeśli będziesz udawać kogoś, kim nie jesteś, albo wywyższać się nad tych, którym masz służyć. Prawdziwa siła wymaga przyznania się do solidarności z innymi. Jeśli masz problem w zespole, w rodzinie, we wspólnocie – nie stój z boku. Wejdź do tej "rzeki", nawet jeśli to niekomfortowe.
Spójrzmy na historię tego rozwiązania w szerszym kontekście. Jordan to rzeka graniczna. Przekroczenie jej przez Jozuego otwierało Ziemię Obiecaną. Jezus (Nowy Jozue) wchodząc do Jordanu, nie tylko "odhacza" proroctwo. On otwiera nam drogę do nowej Ziemi Obiecanej – do życia w relacji z Ojcem. To nie jest tylko symbolika; to ontologiczna zmiana rzeczywistości.
| Rodzaj obmycia | Cel | Skutek |
|---|---|---|
| Rytualne obmycia żydowskie | Czystość rytualna, powtarzalna | Możliwość udziału w kulcie |
| Chrzest Janowy | Znak pokuty, przygotowanie | Uznanie grzechu, oczekiwanie |
| Chrzest Jezusa | Solidarność, objawienie Synostwa | Uświęcenie wód, otwarcie nieba |
| Chrzest chrześcijański | Włączenie w śmierć i zmartwychwstanie Jezusa | Gładzi grzech pierworodny, daje Ducha Św. |
Najczęstszym błędem, jaki widzę w interpretacji tego fragmentu, jest myślenie, że Jezus "daje przykład", jakby to była tylko lekcja wychowawcza. Nie. On tam realnie rozpoczyna swoją Mękę. Zanurzenie w wodzie jest symbolem śmierci, wyjście – zmartwychwstania. To nie jest teatrzyk.
Tożsamość Syna Bożego wyprzedza każde działanie i sukces
Kluczowy moment następuje, gdy Jezus wychodzi z wody. Otwierają się niebiosa i słychać głos: "Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie". Zwróćcie uwagę na chronologię. To jest absolutnie fundamentale dla mojej i Twojej psychiki. Bóg Ojciec wypowiada te słowa zanim Jezus dokonał jakiegokolwiek cudu. Zanim uzdrowił trędowatego, zanim rozmnożył chleb, zanim wygłosił Kazanie na Górze. Jezus nie "zarobił" na tę miłość swoją pracą. On ją ma, bo JEST.
W mojej pracy copywritera i stratega widzę setki ludzi, którzy harują ponad siły, żeby usłyszeć dokładnie te słowa: "jestem z ciebie dumny", "jesteś wartościowy". Próbujemy to kupić wynikami sprzedaży, lajkami, perfekcyjnym wyglądem czy nawet nienaganną postawą moralną. A Ewangelia mówi: stop. Twoja tożsamość nie wynika z Twojego "robienia" (human doing), ale z Twojego "bycia" (human being). Najpierw jesteś Synem/Córką, dopiero potem idziesz na pustynię i do pracy.
Kontekst teologiczny jest tu porażający. Mamy tu do czynienia z teofanią trynitarną. Ojciec mówi, Syn jest w wodzie, Duch zstępuje. To objawienie pełni Boga. Dlaczego teraz? Bo misja Jezusa będzie wymagała nadludzkiej siły. A tę siłę czerpie się tylko z pewności bycia kochanym. Szatan na pustyni (zaraz w następnym rozdziale) uderzy właśnie w to: "JEŚLI jesteś Synem Bożym...". Będzie chciał, żeby Jezus udowodnił swoją tożsamość działaniem. Jezus nie musi nic udowadniać, bo usłyszał Głos.
Ktoś mógłby powiedzieć: "No dobrze, ale ja nie jestem Jezusem, ja muszę zapracować na chleb i szacunek". Oczywiście, na chleb trzeba pracować. Ale na miłość Boga i swoją godność – nie. Alternatywą dla przyjęcia tożsamości syna jest tożsamość niewolnika lub najemnika. Niewolnik pracuje, bo musi, ze strachu. Najemnik pracuje za zapłatę. Syn pracuje, bo dziedziczy biznes Ojca i kocha Go. To zmienia jakość Twojej pracy, Twojego pisania, Twojego rodzicielstwa.
Praktycznie rzecz biorąc: jeśli zaczynasz dzień od scrollowania social mediów, szukasz potwierdzenia swojej wartości w tym, co dzieje się na świecie lub jak inni na Ciebie reagują. Jeśli zaczynasz od modlitwy i przypomnienia sobie chrztu, startujesz z pozycji "wygranego". Masz "upodobanie" Boga. To jest Twoja baza. Wszystko inne to dodatek.
Historia chrześcijaństwa pokazuje, że najwięksi święci – od św. Pawła po Matkę Teresę – działali z niesamowitą energią nie dlatego, żeby Bóg ich pokochał, ale dlatego, że byli przekonani o tej miłości. To paliwo rakietowe. Kiedy wiem, kim jestem, mogę zaryzykować. Mogę ponieść porażkę w projekcie, a to nie zniszczy mojego ego, bo moje ego jest zakotwiczone w niebie, a nie w Excelu.
- Tożsamość sieroty: Muszę walczyć o wszystko sam, nikt mnie nie obroni.
- Tożsamość syna: Mam oparcie, więc mogę brać odpowiedzialność za innych.
- Tożsamość konsumenta: Należy mi się, bo płacę (modlitwą, ofiarą).
Częstym błędem jest mylenie samozadowolenia z poczuciem bycia dzieckiem Bożym. To, że Bóg ma w Tobie upodobanie, nie znaczy, że akceptuje Twoje grzechy. Znaczy, że widzi w Tobie potencjał do świętości i daje Ci Ducha (gołębicę), żebyś ten potencjał zrealizował. Duch Święty nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Jest ekwipunkiem na drogę, która właśnie się zaczyna.
Co ja mogę zrobić?
- Zrewiduj swoje "dlaczego": Zanim podejmiesz kolejne wyzwanie w pracy czy w domu, zadaj sobie pytanie: "Czy robię to, żeby zasłużyć na akceptację, czy robię to, bo czuję się bezpieczny i chcę się dzielić dobrem?".
- Wróć do daty swojego chrztu: To nie żart. Sprawdź datę. To dzień, w którym niebo otworzyło się nad Tobą. Świętuj go bardziej niż urodziny.
- Praktykuj "wypełnianie sprawiedliwości": Zrób w tym tygodniu jedną rzecz, która jest "poniżej" Twojej godności zawodowej lub społecznej, ale pomoże komuś w Twoim otoczeniu. Zmyj naczynia, zostań po godzinach, by pomóc koledze, wysłuchaj kogoś nudnego.
A Wy co myślicie? Czy potraficie działać ze spokojem kogoś, kto nie musi nic nikomu udowadniać, czy ciągle czujecie presję "zasługiwania"?
