Dlaczego tak często szukamy Boga z niewłaściwych powodów i jak On to wykorzystuje?
Kiedy czytam ten fragment, dostrzegam prewną ironię. Tłum wykonuje ogromny wysiłek, by odnaleźć Jezusa. Przeprawiają się przez morze, zadają sobie trud, aktywnie Go szukają. Z ludzkiego punktu widzenia to jest obraz idealnych słuchaczy. A jednak pierwsza reakcja Jezusa to nie pochwała, ale gorzkie, demaskujące stwierdzenie: „Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb i najedliście się”. To jest jedno z najtrudniejszych zdań, jakie Jezus wypowiada, bo ono jest skierowane wprost do mnie. Pokazuje, że można być bardzo blisko Jezusa, aktywnie Go szukać, a jednocześnie całkowicie mijać się z celem. Można być religijnym konsumentem, a nie uczniem.
Przez wiele lat moje życie duchowe opierało się właśnie na takiej logice. Przychodziłem do Boga, gdy miałem problem – z pracą, ze zdrowiem, w relacjach. Szukałem Go, bo potrzebowałem Jego interwencji, Jego „chleba”. Moja modlitwa była listą zamówień, a moja obecność w kościele formą transakcji: ja Ci oddam mój czas, a Ty rozwiąż moje problemy. Gdy problemy mijały, mój zapał do szukania Go gwałtownie słabł. Byłem częścią tego tłumu z Ewangelii. I tak jak oni, byłem przekonany, że robię wszystko dobrze – przecież Go szukałem! Nie rozumiałem, że szukałem Jego darów, a nie Jego samego.
Musimy wejść w mentalność tych ludzi. „Znaki” (semeia) w Ewangelii Jana to nie są po prostu magiczne sztuczki. To są czyny, które mają objawić tożsamość Jezusa, wskazać na to, kim On jest. Rozmnożenie chleba było znakiem, który miał im powiedzieć: „Jestem tym, który podtrzymuje wasze życie, jestem nową manną, Chlebem z nieba”. Oni jednak zatrzymali się na poziomie samego cudu. Zobaczyli darmowy posiłek i potencjalnego króla, który zapewni im dobrobyt, a nie zobaczyli w Nim Syna Bożego. To jest subtelna różnica. Można zachwycać się cudem, nie spotykając Cudotwórcy.
Oczywiście, można argumentować, że przecież to naturalne. Czy głodny człowiek nie ma prawa szukać chleba? Czy człowiek w kryzysie nie ma prawa szukać rozwiązania? Absolutnie ma. Jezus nie potępia ich głodu. On potępia to, że ten głód stał się jedynym motywem ich poszukiwań. Bóg bardzo często używa naszych podstawowych, „ziemskich” potrzeb, by nas do siebie przyciągnąć. To jest Jego pedagogika. Ale On zawsze chce nas poprowadzić dalej – od chleba, który ginie, do pokarmu, który trwa na wieki. Problem tłumu polegał na tym, że oni nie chcieli iść dalej. Chcieli zostać na poziomie darmowego cateringu.
Jakie jest z tego przesłanie dla mnie? Muszę nieustannie zadawać sobie pytanie o motywację mojej wiary. Dlaczego dziś się modlę? Dlaczego idę na Mszę? Czy szukam pocieszenia, rozwiązania problemu, czy też szukam Jego oblicza? To nie znaczy, że nie mogę prosić o te rzeczy. Ale muszę pytać, co jest na pierwszym miejscu. Pamiętam rozmowę z człowiekiem, który nawrócił się po tym, jak cudem wyszedł z ciężkiego wypadku. Początkowo dziękował Bogu za ocalone życie. Ale po kilku latach powiedział mi: „Dziś wiem, że największym cudem nie było to, że przeżyłem, ale to, że w tym wszystkim poznałem Jego. Gdyby Bóg dał mi wybór: wrócić do życia sprzed wypadku bez Niego, albo przejść przez to wszystko jeszcze raz, by Go spotkać, wybrałbym to drugie”. To jest przejście od szukania „chleba” do zobaczenia „znaku”.
Ta postawa tłumu jest prototypem kilku współczesnych postaw duchowych:
- Chrześcijaństwo sukcesu (tzw. Ewangelia sukcesu): Gdzie wiara jest traktowana jako narzędzie do osiągnięcia zdrowia, bogactwa i powodzenia. Bóg jest dostawcą dóbr konsumpcyjnych.
- Religijność emocjonalna: Gdzie szuka się przede wszystkim duchowych uniesień, pocieszenia, "fajnej atmosfery" we wspólnocie. Gdy emocje opadają, wiara gaśnie.
- Duchowość typu "self-help": Traktowanie Jezusa jako jednego z wielu "mistrzów", którego nauki mają mi pomóc stać się lepszym, szczęśliwszym człowiekiem. Celem jestem ja, a nie On.
Tłum był niezwykle aktywny. Ale aktywność bez właściwej intencji może być tylko ucieczką od prawdziwego spotkania. Błędem jest też ocenianie jakości mojej wiary po ilości otrzymanych „chlebów”. Czasem to właśnie w głodzie, w braku, wiara oczyszcza się najbardziej.
Na czym polega dzieło Boże do którego jesteśmy wezwani i dlaczego jest ono tylko jedno?
Po zdemaskowaniu ich motywacji, Jezus rzuca im wyzwanie: „Zabiegajcie nie o pokarm, który ginie, ale o pokarm, który trwa na życie wieczne”. To jest zaproszenie do zmiany priorytetów. I tłum, wciąż myśląc w swoich kategoriach, zadaje logiczne pytanie: „Co mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”. To jest pytanie człowieka religijnego wszech czasów. Pytanie o listę zadań do wykonania, o przepis na zbawienie. Oczekują konkretnej instrukcji: pościć tyle a tyle, odmawiać takie modlitwy, składać takie ofiary. Chcą wiedzieć, co mają zrobić, by zasłużyć na ten wieczny pokarm. Odpowiedź Jezusa jest absolutnie rewolucyjna i burzy cały ich system myślenia. „Na tym polega dzieło Boże, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał”.
Przez lata byłem mistrzem w „wykonywaniu dzieł Bożych”. Miałem swoje modlitwy, swoje praktyki, swoje zaangażowania we wspólnocie. Wszystko to było dobre. Ale w głębi serca traktowałem to jako moją pracę, mój wkład, który przedstawiałem Bogu. Byłem przekonany, że moja wartość w Jego oczach zależy od sumy tych „dzieł”. To prowadziło do pychy, gdy mi się udawało, i do rozpaczy, gdy zawodziłem. Słowa Jezusa uderzyły we mnie z ogromną siłą. Zrozumiałem, że Bóg nie chce ode mnie listy wykonanych zadań. On chce ode mnie jednej rzeczy, która jest źródłem wszystkich innych: zaufania. Wiary. Powierzenia Mu siebie. „Dzieło” nie polega na tym, co ja robię dla Niego, ale na tym, co pozwalam Jemu zrobić we mnie.
Jezus dokonuje tu niesamowitego przesunięcia. Tłum pyta o „dzieła” (w liczbie mnogiej), a On odpowiada, mówiąc o jednym „dziele” (w liczbie pojedynczej). Zamiast długiej listy przykazań i uczynków, stawia jeden, jedyny fundament: akt wiary w Niego. To nie znaczy, że uczynki są nieważne. Ale znaczy to, że one nie są źródłem zbawienia. Są jego owocem. Człowiek, który prawdziwie uwierzył w Jezusa, który Mu zaufał, w naturalny sposób zacznie czynić dobro. Ale zrobi to nie po to, by zasłużyć na niebo, ale z wdzięczności za niebo, które już w nim jest. To jest różnica między pracą niewolnika a pracą syna.
Warto zwrócić uwagę na końcówkę zdania: „...w Tego, którego On posłał”. Jezus nieustannie wskazuje na Ojca. Wiara w Jezusa nie jest celem samym w sobie. Jest drogą do Ojca. Uwierzyć w Jezusa to uwierzyć, że On jest autoryzowanym, „naznaczonym pieczęcią” przedstawicielem Boga. To znaczy zgodzić się, że Bóg wygląda dokładnie tak, jak Jezus. To znaczy przyjąć Jego sposób myślenia, Jego wartości, Jego wizję świata jako prawdziwą instrukcję obsługi rzeczywistości. I to jest najtrudniejsze „dzieło”, bo wymaga rezygnacji z własnych pomysłów na życie.
| Logika tłumu ("dzieła Boże") | Logika Jezusa (jedno "dzieło Boże") |
|---|---|
| Pytanie: Co mam ZROBIĆ, by się zbawić? | Pytanie: Komu mam ZAUFAĆ, by być zbawionym? |
| Religia jako system uczynków i zasług. | Religia jako relacja zaufania i miłości. |
| Bezpieczeństwo oparte na własnej prawości. | Bezpieczeństwo oparte na wierności Boga. |
| Koncentracja na własnym wysiłku. | Koncentracja na przyjęciu Bożego daru. |
Jaki jest z tego praktyczny wniosek? Muszę każdego dnia na nowo wybierać to jedno „dzieło”. Gdy rano wstaję, moim pierwszym zadaniem nie jest zaplanowanie dobrych uczynków, ale odnowienie aktu wiary: „Jezu, ufam Tobie. Wierzę, że jesteś posłany przez Ojca. Prowadź mnie dzisiaj”. Dopiero z tej postawy zaufania mogą narodzić się prawdziwie „Boże dzieła”. Przekonałem się, że gdy zaczynam dzień od próby zasłużenia na Bożą miłość, kończę go sfrustrowany. Gdy zaczynam od przyjęcia tej miłości przez wiarę, dzień staje się przygodą, a dobre uczynki dzieją się jakby przy okazji, bez napięcia.
Problemem staje się myślenie, że skoro „wystarczy wierzyć”, to można już nic nie robić. Wiara, o której mówi Jezus, to nie jest tylko intelektualna zgoda. To jest postawa, która angażuje całe życie i w sposób nieunikniony prowadzi do działania. Jak mówi św. Jakub, wiara bez uczynków jest martwa, bo prawdziwa wiara zawsze wydaje owoce.
Co ja mogę zrobić?
Ta rozmowa z tłumem jest wezwaniem do głębokiej rewizji mojej duchowości. Oto kilka kroków, które staram się podejmować, by żyć tą Ewangelią:
- Robić regularny "audyt motywacji". Przynajmniej raz w tygodniu zadać sobie pytanie: dlaczego w tym tygodniu szukałem Boga? Co było moją główną motywacją? Czy szukałem "chleba" czy "znaku"?
- Praktykować "zabieganie o pokarm wieczny". Znaleźć konkretny czas w ciągu dnia (nawet 10 minut) przeznaczony tylko na to, co wieczne: lekturę Pisma, adorację, cichą modlitwę, która nie jest listą próśb.
- Rozpoczynać dzień od jednego "dzieła Bożego". Zamiast od razu rzucać się w wir zadań, poświęcić pierwszą minutę po przebudzeniu na świadomy akt wiary i zaufania Jezusowi.
- Dziękować za "chleb, który ginie", ale prosić o głód "pokarmu, który trwa". We wdzięczności za wszystkie doczesne dary (zdrowie, praca), prosić Boga, by nie pozwoliły mi one zapomnieć o głodzie Jego samego.
To nieustanna praca nad sercem, by szukało Go dla Niego samego. By chciało nie tylko Jego darów, ale przede wszystkim Jego, Dawcy wszelkiego dobra.
A jak Wy radzicie sobie z tą pokusą szukania Boga tylko wtedy, gdy czegoś potrzebujecie? Co Wam pomaga szukać "znaku", a nie tylko "chleba"?



