Zwyczajność Boga to najtrudniejsza przeszkoda do pokonania w wierze
Kiedy czytam o powrocie Jezusa do Nazaretu, uderza mnie przede wszystkim duszna atmosfera małego miasteczka. To nie jest historia o nienawiści, ale o czymś znacznie bardziej podstępnym – o szufladkowaniu. Teza, którą stawiam sobie i wam, brzmi: nasza wiedza o drugim człowieku i nasze przyzwyczajenia religijne często stają się najszczelniejszym filtrem nieprzepuszczającym łaski. Mieszkańcy Nazaretu nie odrzucili Jezusa, bo był zły. Odrzucili Go, bo był im znany.
Pamiętam sytuację z własnego życia, gdy mój bliski przyjaciel, z którym znałem się "od piaskownicy", zaczął wprowadzać radykalne, pozytywne zmiany w swoim życiu i próbował mnie do nich zachęcić. Złapałem się na myśli: "Co on mi będzie gadał, przecież pamiętam, jak 10 lat temu robiliśmy głupoty". Jego słowa, choć mądre, odbijały się od mojego obrazu jego osoby. Dokładnie to dzieje się w synagodze w Nazarecie. Kontekst historyczny jest tu kluczowy. Nazaret był osadą liczącą prawdopodobnie od 200 do 400 mieszkańców. Tam każdy wiedział o każdym wszystko. Jezus nie był dla nich anonimowym Mesjaszem; był "tektonem" – rzemieślnikiem, który naprawiał im dachy czy stoły. Greckie słowo tekton sugeruje pracę fizyczną, często w kamieniu i drewnie, co w ówczesnej drabinie społecznej nie kojarzyło się z mądrością teologiczną.
Można by pomyśleć, że bliskość powinna ułatwiać wiarę. Przecież widzieli, jak dorastał, widzieli Jego prawość. Jednak tutaj pojawia się kontrargument: bliskość bez otwartości na tajemnicę prowadzi do pogardy. W psychologii nazywa się to efektem "dewaluacji bliskiego". Gdy sacrum ubiera się w "robocze ubranie" codzienności, nasz umysł buntuje się. Chcemy Boga w chwale, a dostajemy Boga z odciskami na dłoniach. Praktyczny wniosek jest dla mnie bolesny: najtrudniej ewangelizować własną rodzinę nie dlatego, że nie mam racji, ale dlatego, że znają moje błędy przy śniadaniu.
Rozwiązanie tego napięcia w historii Kościoła często przychodziło przez "szaleńców", którzy potrafili przebić się przez schemat. Spójrzmy na św. Franciszka – dla asyskich mieszczan był synem kupca, imprezowiczem. Gdy zaczął głosić ubóstwo, był "skandalem" (kamieniem potknięcia). Dopiero ci, którzy porzucili wiedzę "o Franciszku" na rzecz słuchania "Boga przez Franciszka", mogli wejść na drogę świętości.
| Postawa mieszkańców | Konsekwencja duchowa | Alternatywa wiary |
|---|---|---|
| Wiedza ("Znamy go") | Zamknięcie na nowość | Ciekawość ("Kim On naprawdę jest?") |
| Redukcja ("To tylko cieśla") | Ślepota na Boga | Kontemplacja ("Bóg w codzienności") |
| Zgorszenie ("Skąd u niego to?") | Odrzucenie | Zdumienie i adoracja |
Najczęstszym błędem, jaki popełniamy w interpretacji tego fragmentu, jest myślenie o Nazarejczykach jako o "złych Żydach". Oni byli bardzo religijni. Ich błędem nie był brak religijności, ale brak elastyczności. Rutyna zabiła w nich zdolność do zdumienia. Kiedy idę na Mszę w mojej parafii, czy nie patrzę na księdza tylko jak na "tego faceta, który ma nudne kazania", zapominając, że za chwilę w jego rękach dokona się cud przeistoczenia? To jest właśnie syndrom Nazaretu.
Niemoc Boga wobec ludzkiej wolności i braku wiary
Werset mówiący o tym, że Jezus "nie mógł tam uczynić żadnego cudu", jest jednym z najbardziej wstrząsających w całej Ewangelii. Teza teologiczna jest jasna, choć trudna do przełknięcia: Wszechmoc Boga jest ograniczona naszą wolnością. To nie jest kwestia tego, że Jezusowi "wyczerpała się bateria" boskiej mocy. To kwestia natury miłości i cudu.
Często traktujemy modlitwę jak wrzucenie monety do automatu – oczekujemy, że mechanizm zadziała niezależnie od nas. Tymczasem relacja z Bogiem to nie mechanika, to dynamika osób. Kontekst teologiczny wskazuje, że cuda w Ewangeliach są znakami Królestwa (semeia), a nie magicznymi sztuczkami. Magia działa (według wierzeń) przez sam rytuał, niezależnie od woli odbiorcy. Cud chrześcijański jest dialogiem. Jeśli ja mówię "nie", Bóg szanuje to "nie" aż do bólu, aż do krzyża. W moim życiu duchowym często zderzam się z murem milczenia. Pytam wtedy: "Boże, czemu nie działasz?". A ten tekst sugeruje mi inne pytanie: "W którym miejscu moja niewiara związała Ci ręce?".
Zauważmy różnicę między trzema podejściami do Bożej mocy:
- Podejście magiczne: Bóg ma spełniać życzenia, bo odprawiłem nowennę.
- Podejście fatalistyczne: Co ma być to będzie, Bóg i tak zrobi swoje bez mojego udziału.
- Podejście ewangeliczne (katolickie): Bóg pragnie działać, ale czeka na moje "fiat" – na otwarcie drzwi wiarą.
Jezus "dziwił się ich niedowiarstwu". To zdumienie Boga jest lustrzanym odbiciem zdumienia ludzi. Oni dziwią się Jego mądrości (ale z wątpliwością), On dziwi się ich zamknięciu (z bólem). Niektórzy egzegeci wskazują, że uzdrowienie "niewielu chorych" pokazuje, że miłosierdzie Boga próbuje się przecisnąć przez każdą szczelinę. Nawet w środowisku wrogim, Bóg szuka choćby jednej otwartej duszy. To dla mnie ogromna nadzieja. Nie muszę mieć wiary przenoszącej góry od razu. Wystarczy, że nie będę aktywnie blokował Go moim cynizmem.
Historia Kościoła zna momenty, gdy "Nazaret" rozlewał się na całe narody. Oświeceniowy racjonalizm czy współczesny scjentyzm to takie globalne "czyż nie jest to syn cieśli?". Skoro możemy zbadać materię, po co nam duch? Skoro znamy biologię, po co nam Stwórca? A jednak, paradoksalnie, to właśnie w uznaniu limitów naszej wiedzy często rodzi się przestrzeń na cud. Brak wiary nie jest brakiem wiedzy teologicznej, jest brakiem zaufania do Osoby.
Co ja mogę zrobić?
W obliczu tego tekstu, nie chcę zostać tylko z teologiczną analizą. Muszę podjąć konkretne decyzje, by nie stać się mieszkańcem duchowego Nazaretu:
- Szukanie Boga w "nieodpowiednich" miejscach: Postanawiam słuchać uważnie ludzi, których spisałem na straty. Może Bóg mówi do mnie przez irytującego sąsiada lub kogoś z innej opcji politycznej?
- Walka z cynizmem: Gdy pojawia się we mnie myśl "nic się nie zmieni", "to tylko kościółkowa gadanina" – traktuję to jako sygnał alarmowy. Cynizm to trąd duszy.
- Modlitwa o zdziwienie: Proszę o łaskę świeżego spojrzenia na Eucharystię. Żebym nie widział tylko opłatka, ale Ciało.
A Wy co myślicie? Czy zdarzyło Wam się zlekceważyć dobrą radę tylko dlatego, że udzielił jej ktoś, kogo "zbyt dobrze znacie"? Jak radzicie sobie z rutyną w wierze?







